Bądź swoim sprzymierzeńcem.

Być może dziwi Cię to określenie, zaciekawia lub irytuje. Być może chciałabyś/chciałbyś, by odnosiło się do Ciebie, ale odczuwasz wewnętrzny sprzeciw. Rozumiem to doskonale, lepiej niż myślisz.

Od ponad dwudziestu lat pracuję terapeutycznie z osobami, które cierpią z powodu straty i żałoby, kryzysów relacyjnych i zawodowych, zaburzeń nastroju i lękowych. Przez te wszystkie niezliczone godziny spotkań i rozmów z moimi pacjentami/klientami odkryłam, że tym, co w największym stopniu przyczynia się do przejścia na drugą stronę ciemnej doliny cierpienia, w stronę światła i dobrostanu, jest obudzenie w sobie świadomości, że to ja sobie to robię. I że ja siebie mam.

Ale oczywiście nie zrozumiałabym tego bez osobistego zanurzenia w „niebyciu swoim sprzymierzeńcem”.  Dziś czasem myślę: co gdybym szybciej, wcześniej stanęła po swojej stronie? Czy wydarzyłyby się te wszystkie złe rzeczy, które miały miejsce w moim życiu? Czy byłyby tak bolesne? Co dziś byłoby możliwe?

Na przykład czy trwałabym prawie dwie dekady w pracy, której nie kochałam i w której nie kochano mnie (uczelnia;)? Czy odkładałabym na później domknięcie ważnych dla mnie ścieżek edukacyjnych, umożliwiających realizację zawodowo w sposób, którego pragnęłam? Czy wpuściłabym do mojego życia osoby, które nie powinny się znaleźć blisko mnie, bo traktowały tą relację jak darmową podwózkę? Czy odmawiałabym sobie prawa do życia, pracy, kreacji siebie – w sposób, jaki jest dla mnie najbardziej właściwy? Czy nadal robiłabym to, czego inni oczekują (a zwłaszcza ci wyimaginowani „inni”)? Czy nadal opierałabym się, by powiedzieć NIE toksycznym osobom, sytuacjom, środowiskom?

To ja sobie to robię. Pomyśl o tym, bo prawdopodobnie jest to też o Tobie. To Ty sobie to robisz.

To Ty podstawiasz sobie nogę, sabotujesz swoje szczęście, spełnienie, sukces. Życie przynosi różne sytuacje, pojawiają się kryzysy, jak u wszystkich, ale to Ty – utrudniasz, przeszkadzasz sobie, a na dodatek nieustannie wyzłaszczasz się na siebie w swojej głowie. Wściekły, okrutny krytyk nieustannie komentujący każde potknięcie – to sobie robisz na co dzień, nawet niekoniecznie zdając sobie z tego sprawę. Cicha, ale nieustępliwa propaganda podkopywania Twojej pewności siebie. W Twojej własnej głowie.

Myślisz: no to co, nie lubię siebie, ale wystarczy, że jestem dobra/dobry dla innych. Wystarczy, że kocham (innych).

Nie, nie wystarczy!

Pomyśl: ja siebie mam. Masz siebie!

Przekieruj uwagę do wewnątrz i poczuj swój ból, swoje wewnętrzne zranienie. Użal się nad nim. Zacznij sobie współczuć. Okaż sobie empatię taką, jak innym ludziom. Zatrzymaj te wszystkie raniące i karzące komentarze wobec samej/samego siebie.

A potem spójrz przytomnie na to, jak się sprawy mają. Może oprócz współczucia trzeba też zrobić porządek. Może trzeba się zająć jakimiś sprawami, może trzeba Cię uwolnić od jakiś problemów.

To punkt wyjścia do zmiany. Stań się swoim sprzymierzeńcem… i rób co chcesz;)

A jeśli potrzebujesz wsparcia na tej drodze, to jestem.