O błogostanie po raz pierwszy

Od ponad dwóch dekad lat pracuję z ludźmi, którzy przeżywają kryzysy, mierzą się z traumą, stratą, cierpieniem, niepełnosprawnościami ciała i umysłu, żałobą, depresją, zaburzeniami lękowymi, chorobą terminalną. Chociaż osoby te bardzo różnią się od siebie, reprezentując każdy możliwy typ osobowości, konstytucji fizycznej, temperamentalnej, statusu materialnego i społecznego – każda z nich wie, co to jest błogostan. Wszystkie znają doskonale stan, w którym jest się w równowadze, w całości; doznaje spokoju, prostoty, ciszy, odczuwa ukojenie; w którym jest dobrze czyli błogo. Niestety, choć pragną go jak wody na pustyni, większość z nich nie ma do niego dostępu.

Możesz sobie wyobrazić, bo raczej nie wspomnieć (zwykle nie sięgamy pamięcią tak daleko), że błogostanu doświadcza nakarmione i wtulone w pierś matki niemowlę. Błogostan dla wielu jest krainą dzieciństwa. Pięknie opisuje to w filmie „The Pursuit of Happyness” Christopher Plummer grający neurobiologa zajmującego się fenomenem szczęścia: „Wszystko na świecie idzie w górę, a szczęście idzie w dół. Kurczę, ilu z was pamięta tą chwilę z dzieciństwa, gdy doświadczaliśmy szczęścia jako stanu istnienia? Moment pełnej radości, kiedy wszystko na zewnątrz i w środku było w porządku?”.

Błogostan jest także czymś, co czuje odpoczywająca na słońcu, pogodzona ze sobą i światem staruszka. To coś, czego doświadcza recytujący święte pisma medytujący mnich. Wędkarz, który stapia się z taflą jeziora po całym dniu patrzenia na spławik i wodę. Dziewczynka taplająca się na bosaka w ciepłej kałuży. Chłopiec, który właśnie nauczył się jechać na rowerze i po raz pierwszy czuje taką kontrolę nad własnym pędem. Błogostan dla jednych jest czymś naturalnym i łatwo dostępnym, a dla innych niedosiężnym, jakby za siedmioma górami i rzekami, w krainie bajek lub za grubą taflą szkła.

Nie tylko pacjenci oddziałów szpitalnych i przychodni zdrowia, w tym psychicznego, nie czują wcale, że „wszystko na zewnątrz i w środku jest w porządku”. To raczej uniwersalne doświadczenie z okresu dorosłości. Tak często wszystko na zewnątrz i w środku jest w rozsypce, w rozpęknięciu, jak gdyby cały świat niby lustro z „Królowej Śniegu” Hansa Andersena potłukł się na drobne kawałki. Dorosłość wydaje się okresem, w którym większość z nas za cenę podboju świata i niezależności płaci nieprzynależnością do samych siebie, a co więcej nieznajomością i nieakceptacją. To tak, jakby z dzieciństwa w dorosłość trzeba się było urodzić na nowo, odcinając pępowinę łączącą nas z nami samymi. Wygonieni z raju dzieciństwa, ale też co bardzo ważne – z raju natury – dajemy się tak bardzo pochłonąć staraniom o przetrwanie w krainie „na wschód od Edenu”, że gubimy zdolność do samoukojenia, autentycznej radości, pogody ducha. Doświadczanie błogości to stan właściwie zakazany, niesprzyjający funkcjonowaniu w kieracie. Jakbyśmy żyli w antyutopii rodem z science-fiction i co chwila głos z megafonu nawoływał: „Obudź się z tych mrzonek! Szczęście, radość, spokój, błogość – żarty. Halo, tu Ziemia! (Nie Matka Ziemia, nie Matka Natura, żywa czująca istota, której jesteśmy naturalną częścią, z którą współegzystujemy, od której zależymy, którą kochamy i o nią dbamy). Nie, Ziemia – miejsce do podbijania. Fabryka. Korporacja. Drabina do osiągania. Na pewno nie raj. Życie to nie bajka!”

Wielu z nas wkłada ogromne ilości energii w to, by smutne konsekwencje oddzielenia od błogostanu nie były widoczne dla innych (zwykle są, niestety), przebierając w bogatym katalogu masek i szat przykrywających grymas nieszczęścia; niektórym w jakimś momencie los się jeszcze dołoży dojmującą stratą, chorobą, przeszkodą do celu. Nagle „wszystko idzie źle …i nie masz dokąd pójść”, jak w piosence Sojki.  Albo po prostu nie wiesz, jak wrócić tam, gdzie było dobrze.

To nie koniec negatywnego rozwoju wypadków, niestety. Nie chodzi przecież tylko o to, że cierpisz. Ale o to, że nie cierpisz cierpienia. Że szukasz szybkich rozwiązań, by wygnać ból. Tak ci doskwiera, że zaczynasz go nienawidzić. Bardzo ci przeszkadza w życiu. Uniemożliwia osiąganie twoich celów. To boli, ale i irytuje. Nie rozumiesz, właściwie dlaczego ty? Nie mogłoby trafić kogoś innego? Nadal chcesz żyć tak, jak żyjesz, tylko bez tego bólu. Skąd to się w ogóle wzięło, do cholery? Nie można zrobić jakiejś amputacji? Wyciąć ból jak guza. Zabić go, zawiązać w czarny worek i do jeziora. Położyć na torach. „Utopić”, „wyciąć, „zagłuszyć” – alkoholem, lekami, pracą, objadaniem się, seksem, graniem, ćpaniem, wykańczającą dyscypliną (coś jeszcze wymienisz?). Tak zaczyna się spirala niekonstruktywnych sposobów znieczulania i narastająca lawina wtórnych problemów: zdrowotnych, psychicznych, rodzinnych, społecznych, chyba każdego rodzaju.

A kiedy nie daj Boże Twoja maska trochę się zsunie, powtarzasz sobie i światu jak refren: „Ale poza to świetnie!”

Życie? Jakie życie, po prostu praca. No co zrobić, trzeba korzystać, jak się ma możliwość, jest tyle rzeczy do kupienia przecież. Chociaż mobbing. Nie mam siły (po śmierci wypocznę). „Ale poza tym to świetnie!” …Piwo/wino/whisky – taki elegancki napój zamiast herbaty, a w pewnej ilości (choć na pewno nie w tej co pijesz) podobno nawet zdrowy. Ta druga osoba z tłuszczu, którą dźwigasz na figurze jest genetycznym obciążeniem po stryjecznej babci ze strony wujka, poza tym wiadomo, dobrobyt. Z dziesięć lat już szukasz dla siebie dobrej diety. Ale nocą mieszkasz w lodówce. Czasem masz taką niechęć, że nie możesz wstać z łóżka. Z rodziną, jak w przysłowiu, tylko do zdjęcia. Boli Cię brzuch, gdy wracasz do domu, założyliście już sobie nawzajem niebieskie karty, ale kredyt mieszkaniowy, dzieci muszą mieć ojca/matkę, co ludzie powiedzą („Ale poza tym…”). Nawet nie wiadomo jaka jest pora roku, rano ciemno, wieczorem ciemno. Bezsenność. Ciągły lęk. Bezsens. A przede wszystkim… nie pamiętasz już, kiedy czułaś radość, tak po prostu, bez powodu…