Coś o duszy

Współcześnie w psychologii mało kto używa słowa dusza. Być może dlatego, że psychologia chce być uważana za naukę przyrodniczą (choć jest przecież córką filozofii), potrzebuje być mierzalna i obliczalna, rozwija się nadal i przede wszystkim w duchu materialistycznym. Kwestii transcendentnych boi się i się od nich dystansuje, a jeśli się czasem się do nich odnosi, to tylko pośrednio, jako do zjawiska[1]. Pojęcie duszy i duchowości zawłaszczyły sobie różne systemy religijne, kategoryzując je, umieszczając w określonych szufladkach prawd objawionych, tworząc sztywno dookreślone normy zachowania, odczuwania i myślenia nazywane wiarą. Część z nas odnajduje się w podejściu materialistycznym, część w religijnym – i wzrasta. Część nie.

Ci, którzy nie identyfikują się z żadną koncepcją czy wyznaniem i jeśli już muszą, definiują się jako agnostycy albo wprost ateiści, o duszy czy duchowości nie myślą często. Dusza kojarzy im się bowiem albo z religią, która już ich nie karmi albo też z niekoniecznie strawialną popkultowową ezoteryczną zupą, w której warzą się i wątki chrześcijańskie, i pogańskich mitów, cytaty z hinduistycznych i buddyjskich mędrców, ciekawostki naukowych odkryć (głównie fizyki), a także wyimki z korporacyjnej propagandy sukcesu. Jeśli się więc gdzieś natykają na ofertę superwizowanego kursu na ekspertkę/ta od kwantowych podróży astralnych opisanego nowomową z unijnych szkoleń projektowych, czują osłabienie wszystkich członków, a na słowo „dusza” reagują wysypką. Choć trzeba też przyznać, że dla wielu taka oferta jest bardzo atrakcyjna. Życie duchowe to wielki i żyzny rynek, Dziki Zachód dla poszukiwaczy (nie zawsze ze szczerego złota) skarbów. Dla niektórych jednak, nawet przypadkowych, kowbojów może być ona początkiem osobistej praktyki, odnajdywania sensu, zdrowienia, powrotu do siebie[2].

Osobiście czuję rozdarcie między podejściem naukowym (które szanuję) a transcendencją (której doświadczam w stanach wyciszenia) i wszystkim, co pomiędzy, z zielonymi pastwiskami szkoleń z szamanizmu kwantowego włącznie[3]. Mimo to, używam i będę używać pięknego słowa „dusza”, szczodrze opisywanego przez filozofów i mistyków, ale też przez mądrość potoczną i doświadczenia ludzi, którzy są blisko siebie i natury. Nie zamierzam duszy wkładać pod mikroskop, ani też robić wykładów z jej elementów składowych czy podtypów. Jest ona dla mnie czymś, co odnosi mnie do stanów i odczuć bycia częścią wiekszej całości.

Dusza jest według mnie dopełnieniem tych elementów naszej istoty, co do których istnienia nie mamy żadnych wątpliwości: ciała i umysłu. Ale przede wszystkim wyobrażam ją sobie jako pępowinę łączącą mnie z Wielką Matką, czyli ze wszystkim, co istnieje. Cudowne spoiwo zbierające w całość rozbite odłamki lustra rzeczywistości. Nie jestem prorokiem, nie mam tej silnej pewności, która płynie z duchowych objawień. Wydaje mi się jednak, na własny użytek, że to nie ja mam duszę (jak to widzieli filozofowie), ale że dusza ma mnie. To ja w niej jestem zanurzona, jak planktonik w oceanie. Dusza łączy mnie (jak woda oceanu) ze wszystkim, co jest.

A co łączy mnie z duszą? To takie proste, kiedy się o tym pomyśli. Aż mi się serce ucieszyło, gdy na to wpadłam. No oczywiście! Portalem duszy jest nasze Serce.

I choć nauka również nie chce się zajmować Sercem[4] (nie mylić z kardiologią), to Serce nie jest już tak uwikłane  w kontrowersje rodzaju: religia – ezoteryka – szkiełko i oko. Czym jest Serce wie każdy wieszcz, nawet – a zwłaszcza – dziecko. Jeśli więc masz kontakt ze swoim Sercem, to i z duszą.  A wtedy także, jednocześnie, dostęp do błogostanu. Błogostan jest bowiem nektarem duszy.

—————————————————–


[1] Są oczywiście wyjątki od tej reguły, m.in. podejście jakościowe do badań oraz humanistyczne i egzystencjalne nurty psychoterapii.

[2] Nie brakuje też osób, które szukają i w końcu znajdują, czerpiąc z różnych tradycji, a przy tym rozwijając i pielęgnując mądrość własną. O nich też będę wspominać.

[3] Nie cierpię pseudo-szkoleń, ogromnie za to cenię naturalną mądrość rdzennych mieszkańców Ziemi i ich umiejętności samouzdrawiania.

[4] Gdy wspominam o dwukomorowym organie ciała tłoczącym krew, używam małej litery.