Głęboka woda niewiedzy

We wstępie wydanej w 1982 r. w Wiedniu książki pt. „ Lekarz i dusza”[1] Victor Frankl, jej autor, stwierdza następującą rzecz o psychoterapii: „Od dawna nie jest już tajemnicą, że bez względu na stosowaną technikę, w mniej więcej dwóch trzecich przypadków odnotowuje się wyleczenie lub przynajmniej znaczącą poprawę stanu zdrowia. (…) Skoro najprzeróżniejsze metody odnotowują w przybliżeniu takie same wskaźniki powodzenia, to dana technika nie może być czynnikiem, któremu przede wszystkim w tym wypadku zawdzięczamy sukces. (…) Podstawowym narzędziem psychoterapii jest osobowość psychoterapeuty”. (…) Jednak nie powinniśmy gardzić techniką. (…) Psychoterapia jest zarówno sztuką, jak i techniką”[2].

Moje wyobrażenia o byciu psychoterapeutą z okresu studiów były oczywiście idealistyczne. Chciałam być lekarzem dusz. Osobą, która z uwagą wpatruje się w osobę naprzeciwko i jak sztukmistrz żongluje metodami docierania do bólu. Wyciąga go z pacjenta jak chirurg i uzdrawia cierpienie psychicznie. Ale też pomaga znaleźć sens. Z jednej strony pragnęłam być kimś, kto towarzyszy pacjentowi w podróży przez jego osobiste piekła, z drugiej położną, która krzyczy: „No już! Wracamy do tego, co teraz! Coś się zaraz urodzi! Widzę główkę! Oddychamy![3]

Pierwsze zetknięcie z praktyką miało w moim przypadku miejsce na dziecięcym oddziale onkologicznym. Głęboka woda, pomyślisz. No, owszem. Ale jeśli czytając te słowa masz – jak ja dawno temu – jakieś romantyczne wyobrażenia o pomaganiu cierpiącym chorym dzieciom, to proszę odłóż je na półkę. Tamten okres życia był dla mnie przede wszystkim zderzeniem się z własną bezradnością i brakiem jakichkolwiek narzędzi do udzielenia pomocy. Jak ja zazdrościłam lekarzom i pielęgniarkom! Mogli wykonać jakiś zabieg, zaordynować lekarstwo, choćby zmierzyć temperaturę! Nawet pani salowej, że może umyć podłogę czy zlew. A  ja nic. Nic kompletnie nie mogę i nie wiem, myślałam. W niczym ważnym nie pomogę. Mogę tylko być, najczęściej nie wiem po co. Jeśli już być, zauważyłam, to bardzo ostrożnie. Czasem przeciwnie, istotne jest, żeby zniknąć, usunąć się. Znienacka działy się bowiem takie sytuacje, w których jedyne, co można było zrobić, to nie przeszkadzać. Na pewno nie wolno było próbować rozbrajać bomby, w którą zamieniał się rodzic dziecka, któremu się pogarszało[4].

W oddziale, do którego trafiłam nie było dotychczas psychologa. Byłam młoda, bez doświadczenia (czyli bez techniki, o której pisał Frankl) i niepewna siebie. Nie miałam tarczy, nie wiedziałam, jakie mam prawa, których granic mnie samej nie wolno innym przekraczać w tej sytuacji. Nigdy nie wiedziałam, co mnie będzie czekało następnego dnia: dobry czy nagle zły stan zdrowia danego dziecka, niespodziewana śmierć – lub poprawa, zmiana rokowania, nowi pacjenci, konieczność „pocieszenia” nastolatka właśnie wybudzającego się po amputacji nogi, albo tzw. niegrzecznego dziecka, które z lęku i tęsknoty za rodzicami wzbrania się przed bolesnymi zabiegami, kopiąc i gryząc. Bałam się okropnie i czułam, że nic nie potrafię. Nie byłam wtedy jeszcze mamą, nie miałam wielu okazji pocieszać niechętnej do kontaktu, zaciśniętej w strachu i bólu małej osoby.

Z dziećmi bawiłam się, żartowałam, czytałam książki, rysowałam, układałam klocki, rozmawiałam – jeśli czuły się na tyle dobrze, by wchodzić w jakąś interakcję. Pamiętam chłopca, który cierpiał na mutyzm wybiórczy. Spędzał w szpitalu większość dni w roku od kilku lat i nie odzywał się do nikogo. Nie odpowiadał na moje pytania, nie bawił się, nie współpracował. Nie wiedziałam, co robić, więc tylko mu czytałam. Zastanawiałam się, czy mnie rozumie. A potem któregoś dnia zastałam go z jego mamą. Był radosny, ożywiony, rozmawiał, śmiał się, dyskutował również ze mną. Niezwykła przemiana, choć na krótko. Dla dzieci w szpitalu najważniejsze jest to, żeby rodzic był obok.

 Pomocy psychologicznej w większym stopniu niż dzieci potrzebowali ich rodzice. Łapaliśmy się wzrokiem na sali, na parę chwil odosabnialiśmy się od dziecka, innych rodziców i lekarzy w jakiejś odleglejszej części korytarza, na stojąco lub na podłodze. Były to momenty zsunięcia maski, możliwości wypłakania się, wyrzucenia frustracji, bezsilności, wytrzęsienia swojego strachu. Gdy mijały, zaraz znowu na ich twarzy zaczynał gościć uśmiech i spokój, bo każdy rodzic na oddziale szpitalnym, na którym leży jego dziecko, bez żadnego dodatkowego tłumaczenia wie, że jest żołnierzem pogody ducha i bezbrzeżnego optymizmu. Jestem tym rodzicom bezgranicznie wdzięczna za to, że chcieli się przede mną otwierać. Byłam przecież tylko młodą, niedoświadczoną i w głębi duszy bardzo przestraszoną dziewczyną, która miała do dania niewiele więcej niż swoją obecność.

Pięknie o działaniu w niewiedzy i obecności naucza Bernie Glassman, amerykański mistrz zen, założyciel wielowyznaniowego zakonu Zen Peacemaker Order[6]. Organizacja ta jest ogólnoświatową wspólnotą ludzi zaangażowanych w pomoc społeczną i służbę na rzecz pokoju, której misją jest przekształcanie cierpienia w mądrość i współczucie. Glassman od 1994 do 2016 roku (przez 23 lata) każdego listopada organizował Medytacje Oświęcimskie. Przyjeżdżały na niedziesiątki, czasem setki ludzi z całego globu, by okazać szacunek tym, którzy doświadczyli Holocaustu, pomóc w pojednaniu tych, którzy są ich potomkami (Żydów, Niemców, Polaków, Romów itd.), a także przez swoją obecność zaświadczyć o tym, że to co się zdarzyło, miało miejsce. Ponieważ historia nie zatrzymała się  w 1945 roku, uczestnikami Medytacji w Auchwitz zaczęli być też ludzie z tych części świata, w których wojny, ludobójstwo, pogarda dla człowieczeństwa nadal się wydarzają, ale opinia publiczna nie kieruje w ich stronę odpowiedniej uwagi: Indianie z rezerwatu Lakota, Aborygeni, Bośniacy, Serbowie, mnóstwo innych. Oprócz odosobnień w Oświęcimiu odbywają się analogiczne w Black Hills w USA i w Kiguli w Rwandzie. Zakon Pokoju organizuje też liczne medytacje uliczne w miastach Europy i Stanów Zjednoczonych.

Glassman swoją praktyką i przekazem nauczał zasad dobrego życia. Są nimi Trzy Zasady [7]: niewiedzenie, dawanie świadectwa i podejmowanie działania. Niewiedzenie rozumiał jako rezygnację z posiadanych sztywnych koncepcji odnośnie samych siebie i świata. Jako bycie w tym co jest, z otwartym Umysłem. Choć jesteśmy przyzwyczajeni myśleć, że wiedzieć jest lepiej niż nie wiedzieć, nie można zaprzeczyć, że wiedza, będąca rodzajem kolekcji pewnych koncepcji, sądów, tworzy określone przekonania, poglądy, w końcu stereotypy, a od nich już bardzo blisko do różnic światopoglądowych, w bańkach których zamykamy siebie i tych „po drugiej stronie barykady”. Tam, gdzie barykady i okopy, w oczywisty sposób toczy się wojna. Praprzyczyną wojny według Glassmana jest posiadanie poglądu.

Dawanie świadectwa to akt uważnej obecności wobec radości, jak i cierpienia swojego i innych. W moim rozumieniu to bycie w tym co jest, z otwartym Sercem[8].

Podejmowane działanie ma natomiast wynikać z niewiedzenia i dawania świadectwa – czyli być skutkiem otwartości Umysłu i otwartości Serca. Bez poglądów i koncepcji. W pełni obecności tu i teraz.  Tylko takie czyny są adekwatne, mają największy sens, tyle one doskonale pasują do sytuacji.

W swojej pierwszej pracy nauczyłam się nie bać się bólu, a jednocześnie nie tracić czucia. Dziś  rozumiem też, że nawet jeśli obecność to jedyne, co możemy zaoferować, to nie jest to mało. W mniejszym stopniu boję się już swojej niewiedzy. Można nawet powiedzieć, że z czasem uczyniłam z niej najlepsze narzędzie. Moja praca jest cudowna, ponieważ nieustannie wymaga otwierania Umysłu i Serca. Żąda ode mnie odwagi, ale i czułości. Od tamtej mnie ze szpitala dziecięcego różnię się lepszą, choć nie zawsze doskonałą, troską o mnie samą, dbaniem o mój dobrostan. Mam też swoją tarczę: doświadczenie zawodowe i życiowe oraz nieco więcej technik w orężu. Ale, umówmy się, to ciągle ja. Dziś mogę powiedzieć do samej siebie po tych wszystkich latach starań, by stać się „kimś więcej”: „To co jest, wystarczy”.

———————————————————————–


[1] Victor E. Frankl „Lekarz i dusza. Wprowadzenie do logo terapii i analizy egzystencjalnej”, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2017.

[2] Tamże, s. 15.

[3] Nic się nie zmieniło. Nadal chcę to robić właśnie w taki sposób.

[4] To jedno z ważniejszych zaleceń interwencji kryzysowej:  nie dotykaj, nie głaszcz, nie rozbrajaj napięcia osób, które są w skrajnym stresie. Ich pancerz napięcia jest im w tym momencie bardzo potrzebny, żeby przetrwać.

[5] Dziś w dobie pandemii nagle znaleźliśmy się w sytuacji, w których prawa pacjentów, w tym dzieci, są znowu stawiane niżej niż rygor sanitarny.

[6] Bernie Glassman,  „Bearing Witness: A Zen Master’s Lessons in Making Peace. Bell Tower, 1998. Oraz Jeff Bridges, Bernie Glassman, „Koleś i mistrz zen”, Charaktery, 2014.

[7] The Tree Tennets: Not-Knowing, Bearing Witness, Taking Action. Więcej informacji znajdziesz tutaj: https://zenpeacemakers.org/the-three-tenets/

[8] Otwarte Serce oznacza odwagę do spotkania z bólem innych, ale i własnym.